Głównej zawartości

stypendiumbanner

Ocean Freeride

Ocean Freeride - do końcaRejs z Panamy na Kubę nie należał do najprzyjemniejszych, na 8 dni rejsu tylko jeden upłynął nam spokojnie. Pozostałe wypełnione były ciężką pracą na pokładzie. Silny wiatr zerwał się niemal natychmiast po wypłynięciu z Portobelo, a z każdą kolejna godziną zmienialiśmy ożaglowanie na coraz mniejsze aż do momentu, gdy wieczorem żeglowaliśmy już tylko na sztormowym foku (6.7 m²) i zarefowanym grocie. Krótka fala tak charakterystyczna dla basenu Morza Karaibskiego za dnia utrudniała nam wypełnianie podstawowych obowiązków zaś w nocy nie pozwalała zasnąć kołysząc „Anną" jak niewielkim bączkiem. Najbardziej frustrujące chwile przeżyliśmy jednak pod sam koniec rejsu próbując opłynąć niesławny przylądek Świętego Antoniego będący najdalej na zachód wysuniętym punktem Kuby. Niemal pół dnia straciliśmy halsując się żmudnie pod wiatr i starając się ominąć cypel będący w zasięgu wzroku jednak poza zasięgiem naszych możliwości.

Ocean FreeRrideWyprawa Ocean Freeride znalazła się w Panamie, w pełni przygotowani do przepłynięcia Kanału Panamskiego. Nasz pilot, którego obecność jest wymagana podczas procedury przejścia, przybył rano, w momencie gdy jego stopa znalazła się na pokładzie „Anny F" wyruszyliśmy w kierunku wejścia do kanału na pełnej prędkości. Przed upływem godziny byliśmy już na torze podejściowym do pierwszego z dwóch zestawów śluz, tych od strony Pacyfiku. Drugi znajduje się po stronie Karaibskiej.

Po przekroczeniu kolejnych dwóch barier znajdujemy się już we właściwej części kanału, gdzie czerwone i zielone boje wyznaczają korytarz, którym możemy się poruszać na wschód. Niedługo potem napotykamy na pierwszą przeszkodę, pojawia się hamujący nas silny wschodni wiatr, który znacznie obniża osiąganą przez nas prędkość momentami nawet do 2 węzłów, a więc dużo mniej niż 6 węzłów zadeklarowanych przez nas pracownikom kanału podczas inspekcji poprzedniego dnia. Trudne warunki skłaniają pilota do podjęcia niecodziennej decyzji, zezwala on nam na postawienie żagli, jednak wkrótce okazuje się że nie stanowi to rozwiązania problemu. Wciąż płynęliśmy zbyt wolno aby wpasować się w ramy czasowe wyznaczające dopuszczalny czas przekroczenia kanału wynoszący 8 godzin. Wobec takich okoliczności noc musieliśmy spędzić stojąc na kotwicy w zatoce położonej nieopodal wyjścia z kanału. Następnego dnia rano, pokonaliśmy pozostałe trzy śluzy, znaleźliśmy się już po drugiej stronie, na morzu Karaibskim.

Ocean Freeride - paralotnie w AndachZa naszą rufą zostawiliśmy Kanały Patagonii a wraz z nimi sztormy, nawałnice i chłód. Rejs z Ancud do portu Valdivia przypomniał nam żeglugę w passatach sprzed paru miesięcy, wypełniała go beztroska i dobra zabawa od których zdążyliśmy się już troche odzwyczaić. Ocean niemal całkowicie pozbawiony wysokich fal jawił się raczej jako bezkresna równina w kolorze ołowiu. Po dotarciu do Valdivii, nasza załoga podzieliła się na dwa zespoły, pierwszy z nich pozostał na „Annie F" i wyruszył na północ, w kierunku kolejnego chilijskiego portu a mianowicie do Antofagasty. Pozostali w składzie Marek Maderski, Szymon Wojciechowski, Wojciech Hajduk i Tomasz Szewczyk wyruszyli w głąb kontynentu, z powrotem do Argentyny, do miejscowości El Boloson, gdzie postanowiliśmy spróbować swoich sił uprawiając paralotniarstwo na zboczach And. Podróż do El Bolson trwa kilka godzin, droga zaś prowadzi przez wysokie góry, na pewnym, dość długim odcinku dało się zaobserwować dość widowiskowe zniszczenia będące następstwem niedawnego wybuchu wulkanu. Wielkie obszary lasu a oraz powierzchnie całych jezior zostały pokryte warstwą pyłu wulkanicznego, tworząc na granicy Chile i Argentyny krajobraz przywodzący na myśl powierzchnie odległych planet. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do celu naszej podróży. Na swoje lokum wybraliśmy specjalny pensjonat dla paralotniarzy prowadzonym przez słynnego pilota Martina Vallmitjana Jest ona znany w Europie głównie za sprawą głośnego filmu dokumentalnego „El Camino del Condor", którego jest bohaterem. Ten niezwykle interesujący człowiek od 15 lat prowadzi eksplorację Andów pod kątem uprawiania paralotniarstwa, swoją technikę lotu doskonalił śledząc w powietrzu kondory i próbując naśladować ich technikę. Po kilku dniach spędzonych w górach gdzie nareszcie napotkaliśmy na warunki pozwalające na wykonanie kilku satysfakcjonujących lotów, na powrót staliśmy się żeglarzami i powróciliśmy na pokład naszego jachtu.

"Anna F" u wybrzeży PatagoniiPrzylądek Horn został daleko za nasza rufą, nadszedł długo oczekiwany moment w którym kierunek przebiegu naszej wyprawy zmienił się z południa na północ. „Anna F" obrała kurs na krainę znaną jako Kanały Patagonii. Zachodnie wybrzeże Chile składa się z mieszaniny niezliczonej ilości kanałów, fiordów i wysepek o mocno zróżnicowanej specyfice. Ich długości wahają się zaledwie kilku, do nawet ok. 100 mil. Teren ten jest w większości bezludny, rzadko można spotkać tu także inne zwierzęta niż kondory czy delfiny. Roślinność ogranicza się do niewysokich drzew i grubej warstwy mchu, cechy charakterystycznej dla tej krainy.

Obszar kanałów Patagonii to miejsce piękne i efektowne lecz w lecie, (czyli czasie gdy w Polsce panuje zima ) staje się bardzo niegościnne. Deszcz pada tu średnio przez 11 godzin na dobę, kanały nadają się do żeglugi tylko za dnia, jeżeli tylko wiatr nie wieje zbyt mocno. Żegluga w kanałach wiedzie niemal przez cały czas przez miejsca sprawiające wrażenie nie tkniętych ludzką ręką. Jedynymi oznakami cywilizacji są z rzadka występujące boje i latarnie oraz wraki statków dla których wody te okazały się zbyt trudne. Niezbędne było więc zaprowiantowanie „Anny F" na okres ok. 2 miesięcy.

Anna F opływa HornPo kilku dniach forsownej przeprawy z wyspy Isla de Los Estados przez cieśninę La Marie i żegludze przez kanał Beagle, zacumowaliśmy w porcie Ushuaia. Był to ostatni Argentyński port na naszej trasie, miał on być naszą bazą wypadową przed wyruszeniem na przylądek Horn. Po kilku dniach przeznaczonych na uzupełnienie zapasów i wymianę załogi wyruszyliśmy do Puerto Williams w Chile skąd bezpośrednio skierowaliśmy się we wspomniane miejsce, miejsce będące cmentarzyskiem niezliczonej ilości jachtów i statków, miejsce które budzi w żeglarzach szczególny respekt. Na przestrzeni wieków żegluga wokół przylądka Horn uważana była za ostateczny egzamin odwagi i umiejętności przetrwania, aby nie podzielić losu tych, którzy zginęli w tych wodach, postanowiliśmy wyczekać cierpliwie na okienko pogodowe gwarantujące nam bezpieczne przejście groźnego przylądka i z powrotem. Początkiem naszej drogi na Horn był rejs z Ushuaia do Puerto Williams, po raz kolejny przez kanał Beagle, nie jest to zbyt długi dystans do przepłynięcia, jednak ciągłe zmiany kierunku i siły wiatru oraz szkwały spływające z otaczających go gór stanowią sporą trudność w żegludze. Po pokonaniu 30 mil dzielących oba porty znaleźliśmy się najdalej wysuniętym na południe mieście świata.