Głównej zawartości

stypendiumbanner

Włodzimierz Wójcik

Przekraczanie granic

Moje refleksje o Tadeuszu Różewiczu, Wandzie Rutkiewicz i Ani Pasek

'Po co tam lezie'? Takim pytaniem retorycznym od czasu do czasu reaguje - nieco mentorsko - przeciętny przyziemny człek na wieść, że jakiś turysta odpadł, odleciał od tatrzańskiej czy alpejskiej ściany. Jeśli dramat będzie miał miejsce w Himalajach, mentor rzecz skomentuje jeszcze oburzeniem, że z dobrobytu 'ludziom się w głowach przewraca!' Z mniejszym oburzeniem spotykają się wielekroć kierowcy jeżdżący 'na bani', piesi przebiegający przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, czy palacze układający się do snu z ulubionym papierosikiem, często niosącym całospalenie. W tych czterech przypadkach istnieje ryzyko utraty zdrowia, a nawet życia - największego człowieczego skarbu, którego nie sposób już nigdy odzyskać. Jest jedyne w czasie i przestrzeni: ziemskiej i pozaziemskiej... Cóż?

Nie wszyscy jednak w ten sposób reagują. Wielu potrafi zrozumieć wyższe potrzeby rodzaju człowieczego. Oni wiedzą, albo też po prostu czują, że istnieją jednostki, dzieła i czyny człowiecze, które przekraczają szarą pragmatykę codzienności. Wychodzą poza tę codzienność, wąską użyteczność, przekraczają granice tego, co jest już ustalone, zdobyte, bezpieczne i poznane. Jednym słowem stawiają sobie zadania wyjątkowo ambitne, wypełnione HUMANIZMEM. Prawdziwie godne człowieka. Takimi cudownymi szaleńcami-ryzykantami byli: Krzysztof Kolumb, Marco Polo, Amerigo Vespuci, Amundsen, czy Święty Wojciech, który ku nieznanym ziemiom Północy niósł słowo Chrystusowej miłości. Do takich ludzi zaliczam też Tadeusza Różewicza, którego miałem zaszczyt być promotorem w przewodzie doktoratu honoris causa Uniwerstetu Śląskiego. Ten wielki twórca w połowie minionego stulecia odważył się w pejzażu literatury polskiej i światowej wyjść poza istniejące konwencje i schematy. Stworzył literaturę 'PO OŚWIĘCIMIU', zaczynając przywracać słowom ich właściwe znaczenia, starte i zwietrzałe w 'czasach pogardy'.

Ten wielki odkrywca nowych obszarów w krajobrazie współczesnej kultury i piśmiennictwa łapczywie poszukiwał ludzi, którzy byli naładowani żywiołem odkrywczości. Co i kogo tam znalazł. O tym napisał w poemacie Gawęda o spóźnionej miłości (Karpacz 1996, Wrocław 1997), który zasługuje na przytoczenie w całości:

Karkonosze powstawały

w okresie kaledońskich

ruchów górotwórczych

ja ujrzałem światło dzienne

9 października 1921 roku

 

Skąd się tu wziąłem?

z Radomska

urodzony pod znakiem Wagi

uformowany

w okresie ruchów totalitarnych

przeszedłem przez

ogień powietrze wojnę

przez lasy nad Wartą i Pilicą

przez Kraków Gliwice Wrocław

przez siedem gór i siedem rzek

i tak wędrując po matce ziemi

po pięknej błękitnej planecie

nad którą unosi się czerwony Mars

i Saturn w tysiącu pierścieni

doszedłem do Gór Olbrzymich

na uliczce prowadzącej do

Muzeum Sportu i Turystyki

trafiłem na ślad

ślad jej stopy

ślad uśmiechu

ślad ręki

 

W tym miejscu Różewicz przerywa swój poetycki wywód, aby ten 'ślad ręki' ukazać dosłownie poprzez przywołanie rękopisu fascynującej bohaterki poematu:

 

Dziękuję za miłe uhonorowanie

mojego wejścia na MT. EVEREST

wystawą, która przygotowana została

tak bardzo serdecznie przez Muzeum Sportu i Turystyki

Wanda Rutkiewicz

Karpacz, 27 X 1979

 

- by potem znów kontynuować tok swojego wiersza:

 

przed laty

przeglądając poranna gazetę

dowiedziałem się

że kobieta z Wrocławia

zdobyła Mount Everest

 

przy innej sposobności

przeczytałem

(w "Przekroju? "Panoramie"?)

krótki

wierszyk pióra Wandy

 

pamiętam że chciałem

do niej zadzwonić zapytać

co skłoniło Wspaniałą

Kryształową Górę

do urodzenia myszki

ale nie starczyło śmiałości

może dlatego że w dzieciństwie

zdobyłem tylko "psią górkę"

koło Radomska (25 metrów)

i "kocią górę"

w sosnowym lasku

koło Gabrielowa

dopiero po jej śmierci

zadałem to pytanie

uśmiechnęła się i powiedziała

otwierając oczy

- a pan? Panie Tadeuszu

dlaczego Pan pisze wiersze

- ja? ja nie wiem

ulicami Wrocławia

płynęły rwące górskie

strumienie rzeki potoki

w brudnym lustrze wody

które wznosiło się i opadało

stały kościoły teatry domy

ludzie na dachach

machali białymi niebieskimi

czerwonymi płachtami

państwo Gucwińscy budowali arkę

dla swoich zwierząt

ratowali słonie żyrafy lwy i motyle

śmigłowce unosiły się

nad wodami

w parku Szczytnickim

w zatopionym japońskim ogrodzie

chwyciłem Wandę

za rękę

przepraszam! A Pani dokąd

spieszy - a wiedziałem już

że śpi snem wiecznym -

machnęła ręką

- ja? idę na Mount Everest

a po drodze

na Maternhorn Nanga Parbat

Annapurnę...

potem wejdę jeszcze

na Kangczendzongę...

- ale to bardzo wysoko

Powiedziałem

- to tylko 8586 metrów

powiedziała

z zagadkowym uśmiechem

- ale Pani nie zabrała ze sobą

ani śpiwora ani zapasu jedzenia

(a wiedziałem już że ona umarła)

ani maszynki do gotowania

a ta płachetka

ten kolorowy namiocik

jest dobry dla dzieci

można go ustawić

w ogródku działkowym

pod jabłonką

koło grządki z marchewką

koperkiem pietruszką

niech Pani odpocznie

powiedziałem z troską

kto to widział! żeby chodząc o kulach

skakać po górach

"korona Himalajów" poczeka

na panią

- "potrzebne jest mi poczucie

zagrożenia i to takiego,

którym mogę sterować"

- niech pani zostawi w spokoju

Kanczendzongę... przecież

tego nawet wymówić nie można...

zapiszemy panią do związku literatów

urządzimy pani wieczór poetycki

przy świecach przeczyta pani wierszyk

wyda tomik otrzyma wyróżnienie

zostawi ślad stopy

na skale Kaliopy

Wanda rozejrzała się

po świecie i powiedziała do siebie

- nie stał się jeszcze dla mnie

towarzyszem liny... nie może zrozumieć

25 maja 1992 roku

doszła do kraju wiadomość

że Wanda Rutkiewicz

zginęła w Himalajach

III

siedziałem w muzeum zabawek

w domku lalek panował ruch

nakrywano do stołu

ktoś grał na pianinie

zegar wybijał godzinę

porcelanowy kotek lizał łapę

na palcach weszła Wanda

stanęła przy kaflowym zielonym

piecu

grzejąc skostniałe ręce

zapytałem szeptem

co ją skłoniło do powrotu

na naszą dolinę łez

i odpowiedziała mi

mówiąc

"czasem myślę, że wspinam się dlatego,

aby przekonać się,

jaka droga jest mi

nasza szara codzienność.

Wracając poznaję, jak smakuje

kubek gorącej herbaty;

po dniach pragnienia,

sen po wielu nieprzespanych nocach,

spotkanie z przyjaciółmi

po długiej samotności

cisza..."

myślałem o życiu i śmierci

i zobaczyłem jej oddech

który

połączył się z oddechami

żywych

ludzi zwierząt drzew i kwiatów

zamek z lodu

wyparował

wieczne śniegi ruszyły się

szklana góra

spływała w dolinę

cichym strumieniem

do muzeum weszła kolorowa

grupa dzieci i wykipiała

wypełniając śmiechem i krzykiem

małe uliczki mieszkania lalek

i ciszę

wyszedłem z uśmiechem

na zalaną słońcem ulicę

przez mgnienie oka

zdawało mi się że zrozumiałem

upływanie czasu i życia

że poznałem drogę

do wnętrza matki ziemi

do śmierci

matki matek

rodzaju ludzkiego

szliśmy wzdłuż strumienia

i ja widząc że ona już była

umarła

zawołałem do niej po imieniu

a ona idąc dalej obejrzała się i

położyła palec na ustach

Podobnie, jak Różewicz z Wandą Rutkiewicz, tak i ja rozmawiam z Anią Pasek, chociaż znam ją jedynie z opowieści przyjaciół oraz z fotogramów. Staram się - wsłuchując się w słowa i reakcję Wandy Rutkiewicz - zrozumieć duszę młodziutkiej Ani; motywy jej działań. Czy są podobne, czy też odbiegają od siebie. To, co jest pewne, to rodzaj zachwytu i uwznioślenia. Mogę powiedzieć śmiało dziewczęciu z Zagłębia: O, jakże piękna jesteś zmierzając ku szczytom! Niegdyś młodzieniec, krzepki łazik taternicki, dziś senior uniwersytecki, profesor profesorów, rozumiem, Aniu, twój imperatyw, który kazał ci przekraczać twórczo granice. Szłaś, bo tak było trzeba, od chłodnych i wilgotnych źlebów, ku jasnym graniom i niebotycznym szczytom. Wiem, że był to nakaz ciała i duszy. Ja, obolały rodzic, przez 35 lat rozmawiający z cieniami tragicznie zmarłej córki Beaty, powiem rodzicom Ani: Odeszła, a przecież żyje w swych dokonaniach, które błyszczą, jak szlachetne granitowe skały Giewontu o jasnym majowym poranku.

Oglądając dzisiaj te wzruszające fotogramy, myślę o tym, że gdyby na boskich łąkach niebieskich dotychczas nie było gór, to dobry Bóg stworzyłby je specjalnie dla ciebie. Bo przecież w raju są one niezbędne, o czym mówi najcudowniejszy utwór świata, biblijna Pieśń nad pieśniami. Dialog oblubieńców, przerwany na ziemi, będzie wiecznie trwał w raju: On, oblubieniec, będzie wołał: 'Gołębico moja w rozpadlinach skalnych, w szczelinie parkanu, ukaż mi oblicze twoje, niechaj głos twój zabrzmi w uszach moich; albowiem głos twój wdzięczny, a oblicze twoje piękne'.

Ona zaś w odzewie: 'Głos miłego mego! Oto on idzie, skacząc po górach, przeskakując pagórki'...

To jest los Ani Pasek: z gór doczesnych, ziemskich - w rozległy pejzaż wzgórz i gór niebieskich... Skąd spogląda z tęsknotą na kubek domowej herbaty...

Włodzimierz Wójcik


Prof. dr hab. Włodzimierz Wójcik

 Prof. dr hab. Włodzimierz Wójcik (1932-2012) - Profesor Honorowy Uniwersytetu Śląskiego, były Dziekan i Prodziekan Wydziału Filologicznego, były Dyrektor i Wicedyrektor Instytutu Literatury i Kultury Polskiej, twórca i Kierownik Zakładu Literatury Współczesnej, historyk literatury, krytyk, eseista, Mistrz wielu pokoleń polonistów. Wykładał w Paryżu, Neapolu, Budapeszcie i Bratysławie. Promotor doktoratu honoris causa Tadeusza Różewicza. Wybitny działacz kultury wielokrotnie nagradzany, za twórczość a także prace włożoną w rozwój lokalnej kultury i nauki.